poniedziałek, 29 września 2014

Dzień 12 Sobrado dos Monxes: - Arzua: prowadził ślepy kulawego

Ten kulawy to ja. Ślepy jest tu tylko dla ozdoby.

Z albergue w Sobrado wyszliśmy wcześnie, koło 7:20.
W szarej poświacie wschodzącego słońca wieże klasztoru wyglądały niemal mistyczne na czarnym tle lasów, porastających okoliczne wzgórza. Z czasem mgła stawała się coraz gęstsza i cięższa. Szlak wiódł wśród pól i porzez wąwozy. W pewnym momencie znaleźliśmy się na szczycie wzgórza, pomiędzy dwoma pastwiskami. Wszystko pokrywała mgła. Nie było widać ani drzew, ani budynków, ani nawet horyzontu. Jakbyśmy się znaleźli poza czasem i przestrzenią, w wielkim "nigdzie", zagubieni, bez jakichkolwiek punktów orientacyjnych. Nagle obróciliśmy się i zobaczyliśmy słońce przebijające się przez gęstą mgłę tuż nad linią drzew.  Widok mroczny i niemal metafizyczny. To był zaledwie moment, ale było to najbardziej  bezpośrednie doświadczenie bycia częścią świata, jakie przeżyłem.

Potem moje myśli krążyły wokół spraw mocno przyziemnych. A to, że muszę odświeżyć ściany w mieszkaniu, kupić nowe sandały,  itp. błachostki codzienego życia.

Droga była bardzo piękna i łatwa.  Mogę spokojnie powiedzieć, że to był spacerek.

I wtedy, 8 kilometrów przed Arzua moja prawa noga powiedziała "Basta!". Ścięgna zaczęły mnie tak boleć, że nie mogłem iść. W końcu, już w sandałach kuśtykając niczem Quasimodo, szedłem przez te 8 kilometrów, przystając co kilkaset metrów,  żeby odpocząć. W zawrotnym tempie przestraszonego leniwaca dotarłem do schroniska po prawie 4 godzinach. Zastanawiam się, czy jutro będę w stanie chodzić, czy moje camino właśnie się nie skończyło. Zostało mi mniej niż 50 kilometrów, przeszedłem ponad 300 i teraz moja droga ma się zakończyć. Tuż przed samym finałem? A może mam tam właśnie nie dojść? Może w tym przynajmniej przypadku Droga jest ważniejsza niż Cel?
Nie ma co gdybać. Jutro wszystko się rozstrzygnie.  Jeżeli przejdę jutrzejszy dzień, to pojutrze dojdę do Santiago, choćbym miał iść na czworakach,  pomagając sobie przy tym siekaczami.

Albergue w Arzua,  w którym śpimy znajduje się zaraz obok kaplicy św. Magdaleny. To jedno z lepszych, w jakich spaliśmy. Nie tak wielkie jak inne w Arzua (niektóre mieszczą nawet po kilkaset łóżek), czyste i dobrze zlokalizowane.  Kilka osób,  które spotykamy na szlaku prawie od początku również tutaj trafiło.

Arzua to prawdziwy pielgrzymkowy konglomerat.  To pierwsze miasto po połączeniu szlaków primitivo, del norte i prawdziwej pielgrzymiej autostrady -szlaku francuskiego. Jest tutaj więc 7 albergue, w sezonie pojawiają się podobno nawet autokary z japońskim pielgrzymami. Wczoraj widzieliśmy dwoje pielgrzymów,  którzy z walizkami podjechali pod albergue taksówką.

Na słupkach z muszlami często znajdujà się podane w metrach odległości od Santiago.  Dzisiaj minęliśmy słupek z liczbą 49 293. 300 tysięcy metrów temu nie powiedziałbym, że to się może udać. A jednak się udało. Jestem zdolny do rzeczy, o których nawet nie marzyłem. To chyba największa rzecz,  której się tutaj o sobie dowiedziałem.

Co chwilę ktoś wchodzi do sypialni w albrgue i robi jej zdjęcie (i mi również). Teraz setki "krewnych i przyjaciół", którzy będę oglądali pokazy z camino usłyszą komentarz: "... a to sypialnia w albergue i jeden z pielgrzymów..." i zobaczą moje stare,  wydarte spodnie dresowe.

Z życia pielgrzyma

Dla pielgrzyma XXI wieku smarfon to rzecz priorytetowa. Dzięki niemu robi zdjęcia, utrzymuje kontakt ze światem,  zabija czas w albergue (zbyt jest bowiem zmęczony,  żeby zwiedzać okolice albergue,), pilnuje szlaku (lub go znajduje). Z kolei schroniska są wciąż na etapie pielgrzyma dosiadającego dinozaura.  Dlatego po przybyciu do albergue rozpoczyna się wyścig do gniazdek. Każdy musi naładować smarfona, a gniazdek jest z reguły kilka. WiFi? Zapomnij. Zdarza się jeszcze rzadziej niż otwarty o 8 rano sklep.

niedziela, 28 września 2014

Dzień 11 Miraz - Sobrado dos Monxes: czasem słońce, czasem deszcz

Kiedy pada nie ma mgły i jest ciepło.  To główna zaleta deszczu w Galicji.

Z Mariz wyszliśmy bardzo wcześnie, tuż po 7 rano, tzn. w zupełnych ciemnościach. Szlak znajdowaliśmy dzięki latarce. Po chwili zaczął padać deszcz. Lekki, dość ciepły deszcz. Było ciemno, ale przyjemnie.  Zdecydowanie lepiej szło się nam w tym deszczu niż we mgle, przez ostatnie kilka dni.

Deszcz padał nie dłużej niż godzinę. Potem wyszło słońce i już koło 10-11 zrobiło się wręcz upalnie.

W polskim przewodniku na stronie Camino de Santiago trasa jest opisana jako ciężka i prowadząca przez góry.  Na to też się nastawiliśmy.

Po pierwsze. Jakie góry? Pagórki, owszem są pagórki.  Niewielkie (!!!) pagórki. Po drugie trasa nawet nie prowadzi przez te "pagórzątka", tylko w większości drogą asfaltową przez małe wioski. Po trzecie. Owszem trasa jest męcząca, ponieważ idąc kilkanaście kilometrów drogą asfaltową można zwariować z nudów.

W efekcie przeszacowaliśmy czas potrzebny na przejście tego odcinka i dotarliśmy do Sobrado dos Monxes na 2 godziny przed otwarciem albergue. Dzisiaj śpimy w klasztorze, a mnisi otwierają dopiero o 16:30.

Klasztor, w którym jest albergue należy do zakonu cystersów.  Jego początki sięgają X wieku, ale prawdziwy rozkwit zaczął się wraz z przybyciem cystersów w połowie XII wieku. Obecnie klasztor jest bardzo zaniedbany. Ściany od środka porastają mchy i paprocie.

Na camino zaczyna się robić tłoczeniej. Pojawili się nowi pielgrzymi, którzy chcą przejść tylko ostatnie 100 kilometrów do Santiago.  Nowe twarze i nowe historie.  Wzdłuż wybrzeża można było iść cały dzień i nie spotkało się nikogo. Teraz co chwilę mijamy innych pielgrzymów, lub oni mijają nas.

Camino przyciąga różnych ludzi i różne są sposoby na przemierzanie camino.

Niektórzy idą aż z Irun, już ponad 3 tygodnie. Inni zaczęli 2 dni temu i pójdą jeszcze tylko przez 3. Cześć przemierza całą drogę na piechotę, część idzie kilka, kilkanascie kilometrów, a resztę etapu przejeżdża stopem lub autobusem. Cześć idzie kilka etapów, potem kilka jedzie autobusem i znowu idzie.
Każdy idzie swoim camino na swój sposób, tak jak pozwala mu na to czas, zdrowie i siły. Żaden sposób nie jest lepszy,  ani bardziej wartościowy. I to jest w tym wszystkim najlepsze.  To po prostu moje camino.

Z życia pielgrzyma

Najcenniejszą rzeczą jaką ma pielgrzym jest jego credencial, czyli paszport pielgrzyma. Stempluje swój credencial w każdym albergue. To jedyny dowód, że pielgrzym odbył swoją wędrówkę i jedyny sposób, żeby otrzymać swoją "kompostelkę" - poświadczenie odbycia pielgrzymki wydane przez Katedrę Santiago de Compostela. Im bliżej Santiago, tym cenniejszy staje się credencial, bo tylko przejście ostatnich 100 kilometrów uprawnia do otrzymania "kompostelki".

sobota, 27 września 2014

Dzień 10 Vilalba - Miraz: stuknęła nam setka

Stuknęła nam setka, a to oznacza, że do Santiago zostało nam mniej niż 100 kilometrów. Co prawda wiele się może jeszcze zdarzyć, ale hasło "Dojdę do Santiago" staje się coraz bardziej realne.

Nogi bolą coraz bardziej. Zaczynają odzywać się powoli najsłabsze części ciała,  które miają juz dość tej codziennej wędrówki. W moim przypadku to są stopy. Tym razem są to ścięgna w prawej stopie.  Mam nadzieję, że nie zrobią mi jakiegoś numeru na samym finiszu. Dzisiaj, tuż przed Baamonde nie mogłem już niemal iść.  Gdyby nie półgodzinna przerwa i maść, to bym tutaj nie doszedł. Teraz muszę dać moim nogom odpocząć, bo jutro droga przez góry.

Dzisiaj do pierwszej znowu mgła. To prawdziwy fenomen.  Do pierwszej nic nie widać, tylko białe mleko, jest wilgotno i zimno i nagle w ciągu 10 minut mgła opada, wychodzi słońce i robi się upalnie. Człowiek zaczyna spływać potem, a słynne galicyjskie muchy zaczynaj doprowadzać go do szału.

Rano szliśmy przez skąpany we mgle las, cały nasiąkniety i ociekający wilgocią.  Stary. Drzewa pokurczone poprzerastane mchami, porostami i grzybami uginały się pod brzmieniem czasu. Idąc przez ten las poczułem się stary, bardzo stary. Jakbym istniał od zawsze.  Razem z tym lasem. Jakbym sam porastał mchem i nasiąkał tą mgłą.

A potem wdepnąłem w niespodziankę pozostawioną przez galicyjską krowę. Nastrój prysł, chwila uleciała.  Jak ktoś wie jak trudno oczyścić but treningowy z czegoś takiego mając na sobie 10 kilogramowy plecak i ponad 10  kilometrów w nogach,  ten to zrozumie.

Ach, Hiszpanio, kto Cię zrozumie! Idziemy sobie leśną drogą,  w środku wielkiego "nigdzie", a tu nagle na polanie wyrasta wielki biały namiot, a za nim wielka scena. Obok kilka straganów z odpustowym badziewiem. Fiesta! Na scenie gorące hiszpańskie rytmy, a w namiocie kilkadziesiąt osób popija piwo i zajada się tapasami, które tutaj nazywają się pinchos. 

Potem tuż przed Miraz przechodziliśmy obok zamku, a w zamku obory. Ach, Hiszpanio, kto Cię zrozumie!

W albergue w Miraz spotkaliśmy 2 pary Polaków z Opola - wiek pod 70-tkę. Wyrazy szacunku.

Przeszliśmy dzisiaj prawie 40 km - tak podają niiemieckie przewodniki - jestem z nas dumny. To było coś.

Do schroniska dotarliśmy koło 17. Zajęliśmy ostatnie wolne łóżka. Mieliśmy szczęście.

Z życia pielgrzyma

Pielgrzym jest mistrzem pakowania.  Codziennie wypakowuje niemal wszystko z plecaka, żeby potem to wszystko z powrotem spakować. Rano robi to na czas i na tyle cicho, żeby nie obudzić śpiących pielgrzymów.  Kto lubi robić wokół siebie dużo hałasu, nie ma życia na camino.

piątek, 26 września 2014

Dzień 9 Gontan - Vilalba: mgły i wąwozy galicyjskie

Dzisiejszy dzień zaczął się mgłą żywcem wziętą z amerykańskiego horroru. 

Pośród stukotu kijków dało się niemal usłyszeć dźwięk piły łańcuchowej.

Przypomniał mi się fresk z katedry w Mondonedo, przez które przechodziliśmy wczoraj przedstawiający rzeź niewiniątek.

Mgła nie opuszczała nas w zasadzie do godziny 13. Poranek był bardzo zimny (rękawiczki to nie byłby głupi pomysł). Koło południa zrobiło się bardzo ciepło. Kiedy świeci słońce, panuje upał, ale towarzyszy temu niemal lodowaty wiatr (możliwe, że tylko ja odczuwam tą lodowatość). Siedzę więc w słońcu, w polarze i trzęsę się z zimna. 

Zaczęły się wreszcie słynne galicyjskie wąwozy.  Szlak dzisiaj wiódł niemal w całości właśnie leśnymi wąwozami. Poranna mgła i półmrok nadawały im magiczny i mroczny charakter. Głęboko wgryzają się w ziemię wśród starych, pokrytych mchami i porostami drzew. Można w nich poczuć,  że nic się nie zmieniły i od tysiąca lat wiodą pielgrzymów wśród lasów i pastwisk.

Pojawiły się też nie mniej  słynne galicyjskie "na-wszystko-srające" muchy.  Są wszędzie. To zasługa krów. W niezaprzeczalne dowody ich istnienia można wdepnąć w każdym wąwozie. I wtedy cała magia znika.  Zostaje tylko mrok.

Do Vilalba dotarliśmy bardzo szybko, już o 14. Schronisko obok Straży Pożarnej (od razu czuję się bezpieczniej), przypomina nieco betonowy bunkier. Do tego przerost formy nad treścią.  W sypialni ciasno, a połowa budynku to pusta przestrzeń.  Nowocześnie, ale mało funkcjonalnie.

Samo miasteczko dość małe, ale ładne.  Warto zobaczyć wieżę z XV wieku,  w której znajduje się obecnie hotel.

Zbliżamy się do Santiago.  Na autostradzie,  którą mijaliśmy pojawił się znak na Santiago.

Z życia pielgrzyma

Pielgrzym ma zawsze ze sobą zatyczki do uszu. W nocy w albergue robi się jak w tartaku: ludzie chrapią, jęczą, stękają, prychają, kaszlą i kichają, łóźka trzeszczą, skrzypią i chroboczą. Co chwilę ktoś wstaje do toalety i robi tyle hałasu co mała kosiarka do trawy. Nawet zmęczenie tego nie wyciszy. Jedynie w zatyczkach nadzieja.