sobota, 4 października 2014

Moje Camino, czyli czego Jaś się nie nauczył, a Jan musiał!

Już w domu, już zwarty i gotowy, żeby wrócić do codziennego życia.

A jednak camino zostanie we mnie na zawsze. Nie potrafię powiedzieć, jak silnym doświadczeniem była dla mnie Droga, jak wiele spraw pozwoliła mi przemyśleć i jak mocno zapisała się w moim umyśle i sercu.

Nie wiem, czy to doświadczenie w jakikolwiek sposób mnie zmieniło. To pewnie pokaże dopiero czas. Wiele mnie jednak nauczyło.

Po pierwsze, że jestem twardszy niż myślałem. Nigdy nie sądziłem, że jestem  wstanie zdobyć się na coś takiego. Wiem, że to jest nic w porównaniu ze zdobyciem K2, ale dla mnie to jest moje K2. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w przeszłości musiałem się zdobyć na taki wysiłek, pokonać tak wielkie zmęczenie i ból. Kiedy pierwszego dnia wyruszałem na camino, nie byłem wcale pewien czy dojdę do Santiago. Drugiego dnia, kiedy już nie byliśmy wstanie iść i nie zrealizowaliśmy założonego planu, myślałem, że to się nie uda. A jednak się udało.

Nie myślałem, też, że potrafię zachować zimną krew i opanowanie w sytuacji, kiedy inni panikują. A jednak potrafiłem. 

Po drugie, że jestem cierpliwy. Zawsze, byłem „trochę” cierpliwy. Do pewnego momentu. Kiedy cos trwało zbyt długo, traciłem cierpliwość i opanowanie. Teraz wiem, że potrafię być naprawdę cierpliwy. A camino wymaga cierpliwości. Kiedy idziesz 20 lub 30, lub 40 kilometrów i nie widać końca – musisz być bardzo cierpliwy, żeby nie wpaść w stan irytacji. Bo wtedy tracisz siły i nie możesz już dalej iść.

Po trzecie, że wytrwałość i realizacja planu to nie do końca to samo. Zawsze było dla mnie oczywiste, że jeśli chcę osiągnąć cel muszę wszystko zaplanować i potem tylko ten realizować. Kiedy coś się po drodze wysypywało, często porzucałem nie tylko plan, ale i cel. Na camino zrozumiałem, że to nie o to chodzi. Tak, plan to coś ważnego i przydatnego w dążeniu do celu. Ale czasami, żeby do celu dotrzeć, trzeba plan zmienić lub go porzucić. Jeżeli po drodze coś nie uda? Co z tego. Można zmienić tempo, można inaczej rozłożyć przystanki, można zmienić niemal wszystko. Nie chodzi przecież o to, żeby iść zgodnie z planem, tylko żeby Iść i Dojść. To takie banalne, proste i oczywiste. Dopiero jednak, kiedy musiałem na camino postępować zgodnie z tą zasadą, zrozumiałem o co w niej chodzi.

Wreszcie, że świat jest naprawdę piękny.
Nie chodzi mi tutaj o jakieś sentymentalne jelonki na rykowisku, czy kaczuszki w bajorku. Świat, kiedy można go odczuwać bezpośrednio – w swoim ciele, zmęczeniu, pocie, w wilgotnym chłodzie poranka, w upale i w zapachu gnijącej ściółki w lesie – taki świat jest piękny. Kiedy można być z nim w kontakcie przez cały czas, wtedy dopiero widać, jak różnorodny i zmienny jest „dzień”.

Jedno słowo „dzień” mieści w sobie tyle różnych stanów – ciemny, mglisty, wilgotny i zimny poranek, szarówkę przedpołudnia, słoneczne i ciepłe południe, popołudniowy żar i spiekotę, ostre zachodzące słońce chłodnego wieczoru. Idąc przechodzi się nie tylko przez różne miejsca, ale również różne momenty dnia, różne pogody, różne słońca, a w Hiszpanii różne światy i jezyki.

No i okazało się, że potrafię znieść więcej brudu niż myślałem. Korzystać z toalety, z której skorzystało 20 innych osób, zjeść churrazco (smażone żeberka) z połowy gigantycznego prosiaka, przejść 10 kilometrów o jednym jabłku i kubku zimnej wody oraz porozumieć się po galicyjsku, którego to języka nie znam, ze staruszką niemal tak starą jak ziemia, na której żyła.

Człowiek może więcej niż myśli.

Cytując bohaterkę filmu Rozmowy kontrolowane: „Człowiek nie sznurek, wszystko wytrzyma”.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis.

Wkrótce kolejne i zdecydowanie więcej zdjęć.

Pomnik pielgrzymów, Monte de Gozo, tuż przed Santiago de Compostela

piątek, 3 października 2014

Dzień 15 Santiago: kiedy wędrowiec staje się turystą

Wczoraj zdecydowaliśmy. Nie jedziemy na Finisterre.

Dlaczego? Jak to nie? Przecież taki był plan? Coż, plany się zmieniają. Kiedy następnym razem pójdziemy camino , nie zatrzymamy się w Santiago, pójdziemy do Finisterre. Musimy jeszcze poczekać, żeby zobaczyć koniec świata.

Zostaliśmy więc turystami. Tak jak i inni pielgrzymi,  którzy z nami wędrowali. Sandałki na nóżki,  aparaciki w rączki i cykamy zdjęcia. W przerwie cappuccino, piwko, tapas. Już się nie podejdzie kilka kilometrów.  Od czego są autobusy.

A jednak na twarzach ludzi wciąż widać słońce, ich włosy mierzwi wiatr, stopy zagłębiają się w prawdziwej ziemi, a w ich oczach błyszczy niebo i Droga Mleczna, która ich tutaj doprowadziła.

Jak cała rzesza pielgrzymów poszliśmy na mszę, żeby zobaczyć botafumeiro w akcji.  Kiedy ta wielka kadzielnica zaczęła fruwać w powietrzu niemal dotykając, muskając sklepienie katedry, a oszałamiający zapach kadzidła zaczął docierać do nozdrzy, poczułem,  że to naprawdę koniec tej wędrówki. Dotarłem.

Do katedry przyszliśmy o 11 (na godzinę przed mszą) - wszystkie miejsca już były zajęte. Siedzieliśmy więc na ostatniej wolnej bazie kolumny, ale za to z doskonałym widokiem. Dostanę rwy, ale coś za coś.  Bylo warto. Spotkaliśmy prawie wszystkich, którzy w pewien sposób towarzyszyli nam w wędrówce.

Odwiedziliśmy również kaplicę Santa Maria de Pilar, patronki Hiszpanii - dawniej jedna z najważniejszych dla pielgrzymów kaplic w Katedrze.

Zobaczyliśmy też centralną kolumnę Portyku Chwały.  Przez ponad 800 lat (portyk powstał pod koniec XII wieku) miliony rąk pielgrzymów, którzy w dowód szacunku i uwielbienia dotykali jej, pozostawiły trwały ślad - odcisk ludzkiej dłoni. To dla mnie najbardziej niezwykłe miejsce w całej katedrze. Patrząc na głębokie wgłębienia jakie pozostawiły ludzkie palce, odczuwa się ciągłość i wieź z tymi wszystkimi ludźmi. Więź, która przekracza dzielącą nas otchłań czasu. Po większości z tych ludzi pozostał tylko ten jeden ślad. Będzie to ślad żywy tak długo,  jak długo pozostanie żywe camino.

Sam Portyk to prawdziwe arcydzieło, chociaż obecnie częściowo ukryte pod rusztowaniem. Centralną postacią jest oczywiście olbrzymia figura Chrystusa. Pod nim siedzi św. Jakub w pozie misjonarza. W prawej rece trzyma tekst Ewangelii, w lewej opiera się na lasce wędrowca. Według legendy św. Jakub przybył na Półwysep Iberyjski, aby głosić tutaj nauki Jezusa.  Nie ma na to żadnych dowodów, a i grób raczej nie zawiera Jego szczątków. Legenda stała się mitem, a mit stał się prawdą. Tak jak to często bywa, to co magiczne i  mityczne staje się realne. Ten element magiczności sprawia, że pewne miejsca i opowieści stają się częścią ludzkiego życia. Nabierają dla ludzi dużego znaczenia. Tak jak grób św. Jakuba, bez względu na to czy prawdziwy, czy nie, miał wpływ na życie milionów ludzi na przestrzeni tysiąclecia.

Potem pojechaliśmy na Monte de Gozo,  zobaczyć pomnik dwóch pielgrzymów,  którzy ze wzgórza spoglądają na Katedrę. Niedaleko znajduje się polskie albergue.

Złożyliśmy też wizytę Dwóm Mariom, a właściwie ich pomnikowi. Te dwie bardzo ważne dla Santiago kobiety, w połowie ubiegłego wieku dzięki kolorowym strojom i ekstrawanckiemu zachowaniu, tchnęły w to miasto nowego, bardziej dynamicznego ducha.  Stały się współczesnymi ikonami Santiago.

Santiago to stare i piękne miasto. A przy tym, dzięki uniwersytetowi, pełne młodych ludzi. Kiedy dzisiaj o 6 rano wsiadaliśmy do autobusu na lotnisko, imprezy i dyskoteki trwały w najlepsze. Ach, młodość!

Dzisiaj wracamy do domu. Do zobaczenia.

środa, 1 października 2014

Dzień 14 Santiago de Compostela: ciąg dalszy następuje

Wciąż nie mogę uwierzyć - doszedłem do Santiago.  Ponad 350 kilometrów. Na moich własnych nogach.

Wstaliśmy dzisiaj o 4:45. Nie wiem dlaczego, bo nikt nie nastawiał budzika.  Chyba podziałała tak na nas perspektywa dzisiejszego dnia.  To całe podniecenie.  Nie tylko zresztą na nas. Kiedy szliśmy w zupełnej ciemności, towarzyszyły nam i mijały nas małe światełka latarek, czołówek i komórek innych pielgrzymów.  Wyglądaliśmy jak chmary świetlików podążajacych za światłem Drogi Mlecznej ku Composteli.

Każdy mały świetlik dzielnie przebierał nogami, bo chociaż do Santiago zostało tylko 18 kilometrów, było to najdłuższe 18 kilometrów z całej tej wędrówki.

Kilometry dłużyły się niemiłosiernie, bo każdy myślał już tylko o celu, o Santiago.

W końcu ujrzeliśmy Santiago, ale do katedry pozostało jeszcze prawie 5 kilometrów.  Najdłuższa godzina camino (dla mnie w wersji okulałej półtorej godziny)

Weszliśmy na plac przed katedrą, zrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy na ziemi. Radość, euforia, uczucie spełnienia, ale tylko przez moment.  A potem smutek, że coś się skończyło.  Coś bardzo ważnego. I poczucie straty,  jakby umarł ktoś bliski. Co teraz? Mamy po prostu wrócić do naszego życia?

Ten moment, to punkt kulminacyjny camino. Może odpowiedź na to pytanie jest trwałym śladem, który camino w nas pozostawia.

Jedno jest pewne. Wrócimy tutaj. Kupiliśmy sobie muszle, jak pielgrzymi w początkach camino jako dowód, że tutaj dotarliśmy. Ale również jako zobowiązanie, że je tutaj przeniesiemy na własnych plecach i nogach.

Potem już tylko wejście do katedry, która częściowo jest w remoncie (między innymi Portyk Chwały), więc z klasycznych obowiązków pielgrzyma mogliśmy jedynie uściskać św. Jakuba. Na koniec godzinka w kolejce po kompostelkę i do hotelu leczyć rany, kontuzje i urazy. Utykanie jest najpopularniejszym sposobem chodzenia po Santiago.

Tutaj św. Jakub to jest ktoś. Naprawdę. Prawie jak Coca Cola w Stanach. Jest wszędzie i na wszystkim. On, muszla, albo gwiazda. Trzeba pamiętać, że Compostela znaczy "pole gwiazd". Pielgrzymi w dawnych czasach udając się do grobu św.  Jakuba, kierowali się światłem Drogi Mlecznej. Stąd właśnie ta nazwa.

Jutro z okazji jakiegoś święta (chyba straży pożarnej) podczas mszy dla pielgrzymów pójdzie w ruch botafumeiro – wielka kadzielnica o ponad 700-letniej historii. Zawieszona jest na sklepieniu, na skrzyżowaniu naw. Oczywiście idziemy.
Pierwotnie botafumeiro służyło do neutralizacji zapachu setek pielgrzymów zgromadzonych w katedrze. A było co neutralizować. Kilka tygodni lub miesięcy w drodze, w czasach gdy higiena osobista nie była zbyt popularna, musiało zostawić na człowieku solidny ślad.

Moja droga do Santiago się skończyła, a właściwie uległa zawieszeniu. Wrócę tutaj, to pewne.

Ale blog jeszcze się nie kończy. Zostało mi jeszcze wiele do opowiedzenia i wiele do pokazania. Zaglądajcie więc tutaj,  bo sporo rzeczy się tu jeszcze pojawi.

A tym, którzy chcieliby wyruszyć na camino,  mogę tylko powiedzieć: "Łapcie plecak i w drogę. Nie obawiajcie się, że nie podołacie. Camino samo was poniesie. Tak właśnie działa ta magia. Buen camino!"


Dzień 14 Pedrouzo - Santiago: przyszedł Kuba do Jakuba

Veni! Vidi! Vici! - jeśli ktoś woli klasykę.

We are the champions! - jeśli ktoś woli rock.

Albo bardziej swojsko: Uuuuuudaaaaaałooooooo się!!!

Szczegóły wieczorem.