piątek, 3 października 2014

Dzień 15 Santiago: kiedy wędrowiec staje się turystą

Wczoraj zdecydowaliśmy. Nie jedziemy na Finisterre.

Dlaczego? Jak to nie? Przecież taki był plan? Coż, plany się zmieniają. Kiedy następnym razem pójdziemy camino , nie zatrzymamy się w Santiago, pójdziemy do Finisterre. Musimy jeszcze poczekać, żeby zobaczyć koniec świata.

Zostaliśmy więc turystami. Tak jak i inni pielgrzymi,  którzy z nami wędrowali. Sandałki na nóżki,  aparaciki w rączki i cykamy zdjęcia. W przerwie cappuccino, piwko, tapas. Już się nie podejdzie kilka kilometrów.  Od czego są autobusy.

A jednak na twarzach ludzi wciąż widać słońce, ich włosy mierzwi wiatr, stopy zagłębiają się w prawdziwej ziemi, a w ich oczach błyszczy niebo i Droga Mleczna, która ich tutaj doprowadziła.

Jak cała rzesza pielgrzymów poszliśmy na mszę, żeby zobaczyć botafumeiro w akcji.  Kiedy ta wielka kadzielnica zaczęła fruwać w powietrzu niemal dotykając, muskając sklepienie katedry, a oszałamiający zapach kadzidła zaczął docierać do nozdrzy, poczułem,  że to naprawdę koniec tej wędrówki. Dotarłem.

Do katedry przyszliśmy o 11 (na godzinę przed mszą) - wszystkie miejsca już były zajęte. Siedzieliśmy więc na ostatniej wolnej bazie kolumny, ale za to z doskonałym widokiem. Dostanę rwy, ale coś za coś.  Bylo warto. Spotkaliśmy prawie wszystkich, którzy w pewien sposób towarzyszyli nam w wędrówce.

Odwiedziliśmy również kaplicę Santa Maria de Pilar, patronki Hiszpanii - dawniej jedna z najważniejszych dla pielgrzymów kaplic w Katedrze.

Zobaczyliśmy też centralną kolumnę Portyku Chwały.  Przez ponad 800 lat (portyk powstał pod koniec XII wieku) miliony rąk pielgrzymów, którzy w dowód szacunku i uwielbienia dotykali jej, pozostawiły trwały ślad - odcisk ludzkiej dłoni. To dla mnie najbardziej niezwykłe miejsce w całej katedrze. Patrząc na głębokie wgłębienia jakie pozostawiły ludzkie palce, odczuwa się ciągłość i wieź z tymi wszystkimi ludźmi. Więź, która przekracza dzielącą nas otchłań czasu. Po większości z tych ludzi pozostał tylko ten jeden ślad. Będzie to ślad żywy tak długo,  jak długo pozostanie żywe camino.

Sam Portyk to prawdziwe arcydzieło, chociaż obecnie częściowo ukryte pod rusztowaniem. Centralną postacią jest oczywiście olbrzymia figura Chrystusa. Pod nim siedzi św. Jakub w pozie misjonarza. W prawej rece trzyma tekst Ewangelii, w lewej opiera się na lasce wędrowca. Według legendy św. Jakub przybył na Półwysep Iberyjski, aby głosić tutaj nauki Jezusa.  Nie ma na to żadnych dowodów, a i grób raczej nie zawiera Jego szczątków. Legenda stała się mitem, a mit stał się prawdą. Tak jak to często bywa, to co magiczne i  mityczne staje się realne. Ten element magiczności sprawia, że pewne miejsca i opowieści stają się częścią ludzkiego życia. Nabierają dla ludzi dużego znaczenia. Tak jak grób św. Jakuba, bez względu na to czy prawdziwy, czy nie, miał wpływ na życie milionów ludzi na przestrzeni tysiąclecia.

Potem pojechaliśmy na Monte de Gozo,  zobaczyć pomnik dwóch pielgrzymów,  którzy ze wzgórza spoglądają na Katedrę. Niedaleko znajduje się polskie albergue.

Złożyliśmy też wizytę Dwóm Mariom, a właściwie ich pomnikowi. Te dwie bardzo ważne dla Santiago kobiety, w połowie ubiegłego wieku dzięki kolorowym strojom i ekstrawanckiemu zachowaniu, tchnęły w to miasto nowego, bardziej dynamicznego ducha.  Stały się współczesnymi ikonami Santiago.

Santiago to stare i piękne miasto. A przy tym, dzięki uniwersytetowi, pełne młodych ludzi. Kiedy dzisiaj o 6 rano wsiadaliśmy do autobusu na lotnisko, imprezy i dyskoteki trwały w najlepsze. Ach, młodość!

Dzisiaj wracamy do domu. Do zobaczenia.

środa, 1 października 2014

Dzień 14 Santiago de Compostela: ciąg dalszy następuje

Wciąż nie mogę uwierzyć - doszedłem do Santiago.  Ponad 350 kilometrów. Na moich własnych nogach.

Wstaliśmy dzisiaj o 4:45. Nie wiem dlaczego, bo nikt nie nastawiał budzika.  Chyba podziałała tak na nas perspektywa dzisiejszego dnia.  To całe podniecenie.  Nie tylko zresztą na nas. Kiedy szliśmy w zupełnej ciemności, towarzyszyły nam i mijały nas małe światełka latarek, czołówek i komórek innych pielgrzymów.  Wyglądaliśmy jak chmary świetlików podążajacych za światłem Drogi Mlecznej ku Composteli.

Każdy mały świetlik dzielnie przebierał nogami, bo chociaż do Santiago zostało tylko 18 kilometrów, było to najdłuższe 18 kilometrów z całej tej wędrówki.

Kilometry dłużyły się niemiłosiernie, bo każdy myślał już tylko o celu, o Santiago.

W końcu ujrzeliśmy Santiago, ale do katedry pozostało jeszcze prawie 5 kilometrów.  Najdłuższa godzina camino (dla mnie w wersji okulałej półtorej godziny)

Weszliśmy na plac przed katedrą, zrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy na ziemi. Radość, euforia, uczucie spełnienia, ale tylko przez moment.  A potem smutek, że coś się skończyło.  Coś bardzo ważnego. I poczucie straty,  jakby umarł ktoś bliski. Co teraz? Mamy po prostu wrócić do naszego życia?

Ten moment, to punkt kulminacyjny camino. Może odpowiedź na to pytanie jest trwałym śladem, który camino w nas pozostawia.

Jedno jest pewne. Wrócimy tutaj. Kupiliśmy sobie muszle, jak pielgrzymi w początkach camino jako dowód, że tutaj dotarliśmy. Ale również jako zobowiązanie, że je tutaj przeniesiemy na własnych plecach i nogach.

Potem już tylko wejście do katedry, która częściowo jest w remoncie (między innymi Portyk Chwały), więc z klasycznych obowiązków pielgrzyma mogliśmy jedynie uściskać św. Jakuba. Na koniec godzinka w kolejce po kompostelkę i do hotelu leczyć rany, kontuzje i urazy. Utykanie jest najpopularniejszym sposobem chodzenia po Santiago.

Tutaj św. Jakub to jest ktoś. Naprawdę. Prawie jak Coca Cola w Stanach. Jest wszędzie i na wszystkim. On, muszla, albo gwiazda. Trzeba pamiętać, że Compostela znaczy "pole gwiazd". Pielgrzymi w dawnych czasach udając się do grobu św.  Jakuba, kierowali się światłem Drogi Mlecznej. Stąd właśnie ta nazwa.

Jutro z okazji jakiegoś święta (chyba straży pożarnej) podczas mszy dla pielgrzymów pójdzie w ruch botafumeiro – wielka kadzielnica o ponad 700-letniej historii. Zawieszona jest na sklepieniu, na skrzyżowaniu naw. Oczywiście idziemy.
Pierwotnie botafumeiro służyło do neutralizacji zapachu setek pielgrzymów zgromadzonych w katedrze. A było co neutralizować. Kilka tygodni lub miesięcy w drodze, w czasach gdy higiena osobista nie była zbyt popularna, musiało zostawić na człowieku solidny ślad.

Moja droga do Santiago się skończyła, a właściwie uległa zawieszeniu. Wrócę tutaj, to pewne.

Ale blog jeszcze się nie kończy. Zostało mi jeszcze wiele do opowiedzenia i wiele do pokazania. Zaglądajcie więc tutaj,  bo sporo rzeczy się tu jeszcze pojawi.

A tym, którzy chcieliby wyruszyć na camino,  mogę tylko powiedzieć: "Łapcie plecak i w drogę. Nie obawiajcie się, że nie podołacie. Camino samo was poniesie. Tak właśnie działa ta magia. Buen camino!"


Dzień 14 Pedrouzo - Santiago: przyszedł Kuba do Jakuba

Veni! Vidi! Vici! - jeśli ktoś woli klasykę.

We are the champions! - jeśli ktoś woli rock.

Albo bardziej swojsko: Uuuuuudaaaaaałooooooo się!!!

Szczegóły wieczorem.

wtorek, 30 września 2014

Dzień 13 Arzua - Pedrouzo: autostrada do Santiago

Udało się. Wyruszyłem rano w drogę. 

Ból nieco  zelżał i byłem w stanie  przejść 18 kilometrów.  Zdecydowaliśmy się dojść dzisiaj do Pedrouzo, zostać tutaj na noc i jutro dość bezpośrednio stąd do Santiago. To kolejne 18 kilometrów, które chyba dam radę przejść. 

To irytujące, kiedy sypie się plan. Czasami jednak, żeby dotrzeć do celu, trzeba zmienić ustalony plan. To trudne, bo często przywiązuje się większą wagę do planu niż do celu. Przynajmniej ja tak mam.

Idę, to najważniejsze. I jest szansa, że jutro dojdę do Santiago - tak jak to sobie obiecałem. Może bardziej dokuśtykam. Ale liczy się efekt. 

W Arzua weszliśmy na szlak francuski. Cytując Marię Peszek "szlag trafił święty spokój...". Jesteśmy na prawdziwej autostradzie.  Można zapomnieć o ciszy. Rozmyślanie w drodze? Kontemplacja przyrody? Keep dreaming! Sznur pielgrzymów za tobą, sznur przed tobą.  Słuchać tylko francuski, angielski, niemiecki, hiszpański, japoński, ... wszystkie języki świata.  I coraz więcej polskiego.

Ach, gdzież jesteście bezdroża Camino del Norte,  gdzie można było iść cały dzień i nie spotkać żadnego człowieka. Gdzie, jak się miało szczęście, to trzeba było iść tylko 3 godziny, żeby znaleźć otwarty bar. Tutaj barów jak "mrówków". Przydrożne stragany z pamiątkami, a nawet automaty z napojami. Jeśli ktoś przepada za Krupówkami w Zakopanem lub Monciakiem w Sopocie,  ten odcinek jest dla niego. Pewien Niemiec, którego spotykaliśmy od początku, już trzy dni temu pojechał na wybrzeże, żeby kontynuować camino szlakiem angielskim, bo na del Norte zaczęło sie robić dla niego zbyt tłoczno. Wiedział, co robił.

Tęsknię za ciszą o poranku, za bezludnymi ścieżkami, za smakiem lodowatej wody z bidonu, bo nie ma gdzie kupić czegokolwiek ciepłego,  nawet za krowimi plackami na drodze, bo tutaj wszystko tak ślicznie wysprzątane.

A najbardziej tęsknię za Drogą.  Bo wiem, że to już koniec. Kiedy w czwartek wstanę, nigdzie nie pójdę.  A ja, chociaż nie mogę, chcę iść.  Droga wciąga, niemal jak narkotyk. Nic nie może równać się z tym uczuciem wolności, kiedy wychodzisz w półmroku i chłodzie poranka na drogę i ruszasz przed siebie. I nie wiesz, co dzisiaj Droga ci przyniesie.

Poczułem to na początku 2 tygodnia naszej wędrówki. Kiedy już przywykłem do zmęczenia i rutyny życia na camino. Poczułem jak Droga mnie wciąga.  Zniknął niepokój przed nieznanym,  pojawiła się ciekawość. Kiedy szedlem,  nie myślałem już tylko o tym, żeby już dojść, ale po prostu chciałem iść. Tylko to miało znaczenie.

Wiem, że tu wrócę.  Na camino. Wędrować.  W Hiszpanii,  czy w Polsce - bez znaczenia.

Na całym camino, którym szliśmy pojawiały się w różnych miejscach napisy zostawione przez wędrowców "Lennon" i "Imagine". Na dzisiejszym odcinku, ktoś napisał  kolejne urywki z Imagine na śmietnikach.  Camino stało sie piosenką, hymnem.

Kiedy wyruszyliśmy na camino, porównywaliśmy się do Drużyny Pierścienia zmierzającej do Mordoru. Jak się okazuje nie my jedni.  The Fellowship of the Camino.

Ludzie na camino umierają.  Czasami w drodze, czasami po dotarciu do celu. Czasami gwałtownie,  czasami w spokoju w łóżku.  Czasami ktoś zbuduje dla nich mały kopczyk przy camino i opisze ich historię.  Inni przechodzący dokładają do niego kamyki lub zdjęcia tych, co również umarli na camino.  Dzisiaj mijaliśmy takie miejsca. Rzeka camino niesie tysiące małych ludzkich stateczków na swych falach, czasami któryś z nich rozstrzaska się o skały, a resztki wyrzuci na brzeg.

Dziś na każdym słupku z oznaczeniem szlaku nazwiska i daty.  Ludzie niczym galicyjskie krowy zostawiają po sobie ślad (chociaż trwalszy niż one) - tu byłem/am.

Oznaczenia szlaków znów się zmieniły. Teraz to strzałka oznacza kierunek. Muszle są ustawione dowolnie.  Dlaczego? A może pytanie powinno brzmieć: Dlaczego nie? Czasami wydaje się, że w Hiszpanii to odpowiedź na wiele pytań nurtujących przyjezdnych: A dlaczego by nie?

Z życia pielgrzyma

Na camino jak w wojsku. Pielgrzym wstaje o 6:30, bo wszyscy tak wstają.  Do godziny 8 musi opuścić albergue.  Pielgrzym idzie spać o godzinie 22, bo wtedy zamykają albergue, a często też gaszą światło. Niech tylko ktoś się zagada lub robi zbyt wiele hałasu po 22.

Jak śpią wszyscy, to wszyscy.
Jak wstają wszyscy, to wszyscy.

Najgłośniej w albergue jest w nocy, bo chrapanie jest dozwolone - niestety.