środa, 1 października 2014

Dzień 14 Santiago de Compostela: ciąg dalszy następuje

Wciąż nie mogę uwierzyć - doszedłem do Santiago.  Ponad 350 kilometrów. Na moich własnych nogach.

Wstaliśmy dzisiaj o 4:45. Nie wiem dlaczego, bo nikt nie nastawiał budzika.  Chyba podziałała tak na nas perspektywa dzisiejszego dnia.  To całe podniecenie.  Nie tylko zresztą na nas. Kiedy szliśmy w zupełnej ciemności, towarzyszyły nam i mijały nas małe światełka latarek, czołówek i komórek innych pielgrzymów.  Wyglądaliśmy jak chmary świetlików podążajacych za światłem Drogi Mlecznej ku Composteli.

Każdy mały świetlik dzielnie przebierał nogami, bo chociaż do Santiago zostało tylko 18 kilometrów, było to najdłuższe 18 kilometrów z całej tej wędrówki.

Kilometry dłużyły się niemiłosiernie, bo każdy myślał już tylko o celu, o Santiago.

W końcu ujrzeliśmy Santiago, ale do katedry pozostało jeszcze prawie 5 kilometrów.  Najdłuższa godzina camino (dla mnie w wersji okulałej półtorej godziny)

Weszliśmy na plac przed katedrą, zrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy na ziemi. Radość, euforia, uczucie spełnienia, ale tylko przez moment.  A potem smutek, że coś się skończyło.  Coś bardzo ważnego. I poczucie straty,  jakby umarł ktoś bliski. Co teraz? Mamy po prostu wrócić do naszego życia?

Ten moment, to punkt kulminacyjny camino. Może odpowiedź na to pytanie jest trwałym śladem, który camino w nas pozostawia.

Jedno jest pewne. Wrócimy tutaj. Kupiliśmy sobie muszle, jak pielgrzymi w początkach camino jako dowód, że tutaj dotarliśmy. Ale również jako zobowiązanie, że je tutaj przeniesiemy na własnych plecach i nogach.

Potem już tylko wejście do katedry, która częściowo jest w remoncie (między innymi Portyk Chwały), więc z klasycznych obowiązków pielgrzyma mogliśmy jedynie uściskać św. Jakuba. Na koniec godzinka w kolejce po kompostelkę i do hotelu leczyć rany, kontuzje i urazy. Utykanie jest najpopularniejszym sposobem chodzenia po Santiago.

Tutaj św. Jakub to jest ktoś. Naprawdę. Prawie jak Coca Cola w Stanach. Jest wszędzie i na wszystkim. On, muszla, albo gwiazda. Trzeba pamiętać, że Compostela znaczy "pole gwiazd". Pielgrzymi w dawnych czasach udając się do grobu św.  Jakuba, kierowali się światłem Drogi Mlecznej. Stąd właśnie ta nazwa.

Jutro z okazji jakiegoś święta (chyba straży pożarnej) podczas mszy dla pielgrzymów pójdzie w ruch botafumeiro – wielka kadzielnica o ponad 700-letniej historii. Zawieszona jest na sklepieniu, na skrzyżowaniu naw. Oczywiście idziemy.
Pierwotnie botafumeiro służyło do neutralizacji zapachu setek pielgrzymów zgromadzonych w katedrze. A było co neutralizować. Kilka tygodni lub miesięcy w drodze, w czasach gdy higiena osobista nie była zbyt popularna, musiało zostawić na człowieku solidny ślad.

Moja droga do Santiago się skończyła, a właściwie uległa zawieszeniu. Wrócę tutaj, to pewne.

Ale blog jeszcze się nie kończy. Zostało mi jeszcze wiele do opowiedzenia i wiele do pokazania. Zaglądajcie więc tutaj,  bo sporo rzeczy się tu jeszcze pojawi.

A tym, którzy chcieliby wyruszyć na camino,  mogę tylko powiedzieć: "Łapcie plecak i w drogę. Nie obawiajcie się, że nie podołacie. Camino samo was poniesie. Tak właśnie działa ta magia. Buen camino!"


Dzień 14 Pedrouzo - Santiago: przyszedł Kuba do Jakuba

Veni! Vidi! Vici! - jeśli ktoś woli klasykę.

We are the champions! - jeśli ktoś woli rock.

Albo bardziej swojsko: Uuuuuudaaaaaałooooooo się!!!

Szczegóły wieczorem.

wtorek, 30 września 2014

Dzień 13 Arzua - Pedrouzo: autostrada do Santiago

Udało się. Wyruszyłem rano w drogę. 

Ból nieco  zelżał i byłem w stanie  przejść 18 kilometrów.  Zdecydowaliśmy się dojść dzisiaj do Pedrouzo, zostać tutaj na noc i jutro dość bezpośrednio stąd do Santiago. To kolejne 18 kilometrów, które chyba dam radę przejść. 

To irytujące, kiedy sypie się plan. Czasami jednak, żeby dotrzeć do celu, trzeba zmienić ustalony plan. To trudne, bo często przywiązuje się większą wagę do planu niż do celu. Przynajmniej ja tak mam.

Idę, to najważniejsze. I jest szansa, że jutro dojdę do Santiago - tak jak to sobie obiecałem. Może bardziej dokuśtykam. Ale liczy się efekt. 

W Arzua weszliśmy na szlak francuski. Cytując Marię Peszek "szlag trafił święty spokój...". Jesteśmy na prawdziwej autostradzie.  Można zapomnieć o ciszy. Rozmyślanie w drodze? Kontemplacja przyrody? Keep dreaming! Sznur pielgrzymów za tobą, sznur przed tobą.  Słuchać tylko francuski, angielski, niemiecki, hiszpański, japoński, ... wszystkie języki świata.  I coraz więcej polskiego.

Ach, gdzież jesteście bezdroża Camino del Norte,  gdzie można było iść cały dzień i nie spotkać żadnego człowieka. Gdzie, jak się miało szczęście, to trzeba było iść tylko 3 godziny, żeby znaleźć otwarty bar. Tutaj barów jak "mrówków". Przydrożne stragany z pamiątkami, a nawet automaty z napojami. Jeśli ktoś przepada za Krupówkami w Zakopanem lub Monciakiem w Sopocie,  ten odcinek jest dla niego. Pewien Niemiec, którego spotykaliśmy od początku, już trzy dni temu pojechał na wybrzeże, żeby kontynuować camino szlakiem angielskim, bo na del Norte zaczęło sie robić dla niego zbyt tłoczno. Wiedział, co robił.

Tęsknię za ciszą o poranku, za bezludnymi ścieżkami, za smakiem lodowatej wody z bidonu, bo nie ma gdzie kupić czegokolwiek ciepłego,  nawet za krowimi plackami na drodze, bo tutaj wszystko tak ślicznie wysprzątane.

A najbardziej tęsknię za Drogą.  Bo wiem, że to już koniec. Kiedy w czwartek wstanę, nigdzie nie pójdę.  A ja, chociaż nie mogę, chcę iść.  Droga wciąga, niemal jak narkotyk. Nic nie może równać się z tym uczuciem wolności, kiedy wychodzisz w półmroku i chłodzie poranka na drogę i ruszasz przed siebie. I nie wiesz, co dzisiaj Droga ci przyniesie.

Poczułem to na początku 2 tygodnia naszej wędrówki. Kiedy już przywykłem do zmęczenia i rutyny życia na camino. Poczułem jak Droga mnie wciąga.  Zniknął niepokój przed nieznanym,  pojawiła się ciekawość. Kiedy szedlem,  nie myślałem już tylko o tym, żeby już dojść, ale po prostu chciałem iść. Tylko to miało znaczenie.

Wiem, że tu wrócę.  Na camino. Wędrować.  W Hiszpanii,  czy w Polsce - bez znaczenia.

Na całym camino, którym szliśmy pojawiały się w różnych miejscach napisy zostawione przez wędrowców "Lennon" i "Imagine". Na dzisiejszym odcinku, ktoś napisał  kolejne urywki z Imagine na śmietnikach.  Camino stało sie piosenką, hymnem.

Kiedy wyruszyliśmy na camino, porównywaliśmy się do Drużyny Pierścienia zmierzającej do Mordoru. Jak się okazuje nie my jedni.  The Fellowship of the Camino.

Ludzie na camino umierają.  Czasami w drodze, czasami po dotarciu do celu. Czasami gwałtownie,  czasami w spokoju w łóżku.  Czasami ktoś zbuduje dla nich mały kopczyk przy camino i opisze ich historię.  Inni przechodzący dokładają do niego kamyki lub zdjęcia tych, co również umarli na camino.  Dzisiaj mijaliśmy takie miejsca. Rzeka camino niesie tysiące małych ludzkich stateczków na swych falach, czasami któryś z nich rozstrzaska się o skały, a resztki wyrzuci na brzeg.

Dziś na każdym słupku z oznaczeniem szlaku nazwiska i daty.  Ludzie niczym galicyjskie krowy zostawiają po sobie ślad (chociaż trwalszy niż one) - tu byłem/am.

Oznaczenia szlaków znów się zmieniły. Teraz to strzałka oznacza kierunek. Muszle są ustawione dowolnie.  Dlaczego? A może pytanie powinno brzmieć: Dlaczego nie? Czasami wydaje się, że w Hiszpanii to odpowiedź na wiele pytań nurtujących przyjezdnych: A dlaczego by nie?

Z życia pielgrzyma

Na camino jak w wojsku. Pielgrzym wstaje o 6:30, bo wszyscy tak wstają.  Do godziny 8 musi opuścić albergue.  Pielgrzym idzie spać o godzinie 22, bo wtedy zamykają albergue, a często też gaszą światło. Niech tylko ktoś się zagada lub robi zbyt wiele hałasu po 22.

Jak śpią wszyscy, to wszyscy.
Jak wstają wszyscy, to wszyscy.

Najgłośniej w albergue jest w nocy, bo chrapanie jest dozwolone - niestety.

poniedziałek, 29 września 2014

Dzień 12 Sobrado dos Monxes: - Arzua: prowadził ślepy kulawego

Ten kulawy to ja. Ślepy jest tu tylko dla ozdoby.

Z albergue w Sobrado wyszliśmy wcześnie, koło 7:20.
W szarej poświacie wschodzącego słońca wieże klasztoru wyglądały niemal mistyczne na czarnym tle lasów, porastających okoliczne wzgórza. Z czasem mgła stawała się coraz gęstsza i cięższa. Szlak wiódł wśród pól i porzez wąwozy. W pewnym momencie znaleźliśmy się na szczycie wzgórza, pomiędzy dwoma pastwiskami. Wszystko pokrywała mgła. Nie było widać ani drzew, ani budynków, ani nawet horyzontu. Jakbyśmy się znaleźli poza czasem i przestrzenią, w wielkim "nigdzie", zagubieni, bez jakichkolwiek punktów orientacyjnych. Nagle obróciliśmy się i zobaczyliśmy słońce przebijające się przez gęstą mgłę tuż nad linią drzew.  Widok mroczny i niemal metafizyczny. To był zaledwie moment, ale było to najbardziej  bezpośrednie doświadczenie bycia częścią świata, jakie przeżyłem.

Potem moje myśli krążyły wokół spraw mocno przyziemnych. A to, że muszę odświeżyć ściany w mieszkaniu, kupić nowe sandały,  itp. błachostki codzienego życia.

Droga była bardzo piękna i łatwa.  Mogę spokojnie powiedzieć, że to był spacerek.

I wtedy, 8 kilometrów przed Arzua moja prawa noga powiedziała "Basta!". Ścięgna zaczęły mnie tak boleć, że nie mogłem iść. W końcu, już w sandałach kuśtykając niczem Quasimodo, szedłem przez te 8 kilometrów, przystając co kilkaset metrów,  żeby odpocząć. W zawrotnym tempie przestraszonego leniwaca dotarłem do schroniska po prawie 4 godzinach. Zastanawiam się, czy jutro będę w stanie chodzić, czy moje camino właśnie się nie skończyło. Zostało mi mniej niż 50 kilometrów, przeszedłem ponad 300 i teraz moja droga ma się zakończyć. Tuż przed samym finałem? A może mam tam właśnie nie dojść? Może w tym przynajmniej przypadku Droga jest ważniejsza niż Cel?
Nie ma co gdybać. Jutro wszystko się rozstrzygnie.  Jeżeli przejdę jutrzejszy dzień, to pojutrze dojdę do Santiago, choćbym miał iść na czworakach,  pomagając sobie przy tym siekaczami.

Albergue w Arzua,  w którym śpimy znajduje się zaraz obok kaplicy św. Magdaleny. To jedno z lepszych, w jakich spaliśmy. Nie tak wielkie jak inne w Arzua (niektóre mieszczą nawet po kilkaset łóżek), czyste i dobrze zlokalizowane.  Kilka osób,  które spotykamy na szlaku prawie od początku również tutaj trafiło.

Arzua to prawdziwy pielgrzymkowy konglomerat.  To pierwsze miasto po połączeniu szlaków primitivo, del norte i prawdziwej pielgrzymiej autostrady -szlaku francuskiego. Jest tutaj więc 7 albergue, w sezonie pojawiają się podobno nawet autokary z japońskim pielgrzymami. Wczoraj widzieliśmy dwoje pielgrzymów,  którzy z walizkami podjechali pod albergue taksówką.

Na słupkach z muszlami często znajdujà się podane w metrach odległości od Santiago.  Dzisiaj minęliśmy słupek z liczbą 49 293. 300 tysięcy metrów temu nie powiedziałbym, że to się może udać. A jednak się udało. Jestem zdolny do rzeczy, o których nawet nie marzyłem. To chyba największa rzecz,  której się tutaj o sobie dowiedziałem.

Co chwilę ktoś wchodzi do sypialni w albrgue i robi jej zdjęcie (i mi również). Teraz setki "krewnych i przyjaciół", którzy będę oglądali pokazy z camino usłyszą komentarz: "... a to sypialnia w albergue i jeden z pielgrzymów..." i zobaczą moje stare,  wydarte spodnie dresowe.

Z życia pielgrzyma

Dla pielgrzyma XXI wieku smarfon to rzecz priorytetowa. Dzięki niemu robi zdjęcia, utrzymuje kontakt ze światem,  zabija czas w albergue (zbyt jest bowiem zmęczony,  żeby zwiedzać okolice albergue,), pilnuje szlaku (lub go znajduje). Z kolei schroniska są wciąż na etapie pielgrzyma dosiadającego dinozaura.  Dlatego po przybyciu do albergue rozpoczyna się wyścig do gniazdek. Każdy musi naładować smarfona, a gniazdek jest z reguły kilka. WiFi? Zapomnij. Zdarza się jeszcze rzadziej niż otwarty o 8 rano sklep.