piątek, 26 września 2014

Dzień 9 Gontan - Vilalba: mgły i wąwozy galicyjskie

Dzisiejszy dzień zaczął się mgłą żywcem wziętą z amerykańskiego horroru. 

Pośród stukotu kijków dało się niemal usłyszeć dźwięk piły łańcuchowej.

Przypomniał mi się fresk z katedry w Mondonedo, przez które przechodziliśmy wczoraj przedstawiający rzeź niewiniątek.

Mgła nie opuszczała nas w zasadzie do godziny 13. Poranek był bardzo zimny (rękawiczki to nie byłby głupi pomysł). Koło południa zrobiło się bardzo ciepło. Kiedy świeci słońce, panuje upał, ale towarzyszy temu niemal lodowaty wiatr (możliwe, że tylko ja odczuwam tą lodowatość). Siedzę więc w słońcu, w polarze i trzęsę się z zimna. 

Zaczęły się wreszcie słynne galicyjskie wąwozy.  Szlak dzisiaj wiódł niemal w całości właśnie leśnymi wąwozami. Poranna mgła i półmrok nadawały im magiczny i mroczny charakter. Głęboko wgryzają się w ziemię wśród starych, pokrytych mchami i porostami drzew. Można w nich poczuć,  że nic się nie zmieniły i od tysiąca lat wiodą pielgrzymów wśród lasów i pastwisk.

Pojawiły się też nie mniej  słynne galicyjskie "na-wszystko-srające" muchy.  Są wszędzie. To zasługa krów. W niezaprzeczalne dowody ich istnienia można wdepnąć w każdym wąwozie. I wtedy cała magia znika.  Zostaje tylko mrok.

Do Vilalba dotarliśmy bardzo szybko, już o 14. Schronisko obok Straży Pożarnej (od razu czuję się bezpieczniej), przypomina nieco betonowy bunkier. Do tego przerost formy nad treścią.  W sypialni ciasno, a połowa budynku to pusta przestrzeń.  Nowocześnie, ale mało funkcjonalnie.

Samo miasteczko dość małe, ale ładne.  Warto zobaczyć wieżę z XV wieku,  w której znajduje się obecnie hotel.

Zbliżamy się do Santiago.  Na autostradzie,  którą mijaliśmy pojawił się znak na Santiago.

Z życia pielgrzyma

Pielgrzym ma zawsze ze sobą zatyczki do uszu. W nocy w albergue robi się jak w tartaku: ludzie chrapią, jęczą, stękają, prychają, kaszlą i kichają, łóźka trzeszczą, skrzypią i chroboczą. Co chwilę ktoś wstaje do toalety i robi tyle hałasu co mała kosiarka do trawy. Nawet zmęczenie tego nie wyciszy. Jedynie w zatyczkach nadzieja.

czwartek, 25 września 2014

Dzień 8 Lourenza - Gontan: w tak pięknych okolicznościach przyrody

Wyruszyliśmy po 8 rano. Poranek był bardzo zimny i wilgotny.  Wszystko tonęło w gęstej mgle. Po kilku godzinach mgła opadła, słońce  przywróciło ziemi, lasom i domom ich kolory, a my znaleźliśmy się w krainie malowniczych przysiółków, zielonych pastwisk,  przydrożnych kamiennych krzyży i maleńkich cmentarzy. Spoczywają na nich ludzie, ktorych życie toczyło się w tym pięknym,  ale też ciężkim i zamkniętym świecie. 

Przez wieki jedynym źródłem wieści z dalekich stron byli pielgrzymi zmierzający, tak jak dzisiaj do Santiago. Ten niekończący się od ponad tysiąca lat strumień ludzi zmierzających do Santiago, ze swoimi pielgrzymimi laskami i swoimi ludzkimi problemami.

Ktoś na desce, przy znaku muszli napisał: "Wędrowcze! Droga nie istnieje, drogę się tworzy". Dlatego camino trwa od tak dawna. Powstaje za każdym razem na nowo, kiedy ktoś wyrusza w drogę do Santiago. Dróg jest tyle ilu jest wędrowców,  bo każdy tworzy swoje własne camino.

Całe zniechęcenie zniknęło. W pewnym sensie przyzwyczaiłem się do codziennej wędrówki, zmęczenia, bólu i potu. Kiedy idę, już tego nie odczuwam.  Nie koncentruję się już na tym co mi przeszkadza. 

Dzięki temu moje myśli mogą swobodnie płynąć. To niemal jak medytacja.

Mysli płyną jak rzeka, meandrują, miejscami pędzą niczym górski strumień, lub leniwie toczą się i rozlewają na wielkich obszarach. Wypłukują z dna sprawy, o których wolałoby się zapomnieć, tocząc je przez kilometry, obracając na wszystkie strony.  A kiedy się już nimi znudzą lub zmeczą, porzucają na brzegu.

Chwytają w swój nurt reczy błache lub istotne. Dawno zapomniane wspomnienie, lub kształt kamienia znajdującego się przy drodze.

A potem, kiedy zmęczenie bierze górę, wszystko znika.  Liczy się już tylko droga, tylko kolejny krok. Liczy się tylko tu i teraz.

Dzisiejsza droga prowadziła nas niemal cały czas w górę.  Szczególnie od Mondonedo. Ponad  11 kilometrowe podejście. Na szczęście nie jest strome, więc idzie się dość przyjemnie. Co prawda szlak prowadzi większą część czasu po drodze asfaltowej (niemal nie uczęszczanej), ale za to w jakże pięknych okolicznościach przyrody.

Już się prawie nie gubimy.  Oznakowanie szlaku w Galicji jest rewelacyjne.  Niech się Asturia uczy.

Schronisko w Gontan to prawdziwy luksus.  Czyste i nowoczesne. Z balokonem i salonem. I z hospitaliero, który zna kilka słów po polsku.  Brakuje tylko śniadania podawanego do łóżka.

Niedaleko schroniska bardzo dobra restauracja. Menu del dia w cenie 9 euro (od godz. 19), pprcje duże i bardzo dobre dania. Dużo, tanio, smacznie.

Z życia pielgrzyma

Po dotarciu do schroniska,  wypraniu rzeczy i prysznicu, pielgrzym rusza do sklepu.  Rano,  kiedy pielgrzym będzie wyruszał, sklepy będą zamknięte. Otworzą je najwcześniej o 9:30 rano. Pielgrzym bedzie już wtedy od .ponad godziny w drodze.

Pielgrzym musi zawsze wcześniej sprawdzać, czy w miejscowości, gdzie jest albergue znajdują się jakiekolwiek sklepy. Jeśli nie ma, zakupy trzeba zrobić po drodze.

środa, 24 września 2014

Dzień 7 Ribadeo - Lourenza: "Jesteśmy w pół drogi"

"Jesteśmy w pół drogi. Droga mknie z nami dalej bez wytchnienia ...".

To niewiarygodne, ale jesteśmy już w połowie drogi do Santiago. Jeszcze 7 dni i dotrzemy do celu: przejdziemy przez Portyk Chwały w katedrze, obejmiemy wielką kolumnę, uściskamy Santiago i uderzymy głowami w rzeźbę przedstawiającą mistrza Mateusza, twórcę Portyku.

Póki co, zostało nam jeszcze do pokonania sporo kilometrów i jeszcze więcej naszych własnych ograniczeń.

Poranek w Ribadeo był mglisty i zimny. Chmury zapowiadały deszcz.  Wszystko mieliśmy wciąż mokre po przedwczorajszej ulewie, a tu kolejny deszcz?

Nie było jednak wyjścia,  trzeba było ruszać w drogę.

Na szczęście stopa powoli wraca do wielkości i kształtu jaki zapisany został w genach. Co prawda wciąż boli, ale zaczęła mnie również boleć druga stopa, więc już nie jest taka samotna. Obie mogą się wspierać.

Początkowo szło mi się źle, ale po 7 kilometrach mięśnie i stawy weszły w swój rytm - ruszyłem jak strzała.

W Vilela (7 km za Ribadeo), spotkaliśmy parę z Polski.  Spali w Ribadeo i właśnie tam wracali po 7 kilometrowym marszu, bo zostawili w hostelu dowody osobiste.  Do Lourrnza dotarli ponad 2 godziny po nas.

Za Vilela zaczęło się wypogadzać. Po wyjątkowo zimnym poranku, reszta dnia była niemal upalna.

Dzisiejsza droga była dość łatwa.  Co prawda do połowy nieustannie wchodzi się na wzniesienia i schodzi z nich, żeby wejść na następne (szczególnie jedno, przed Villamartin jest naprawdę strome i długie),  ale da się je pokonać.  Potem to już spacerek.

Do Lourenza dotarliśmy po 17. Schronisko zamknięte z powodu odrobaczona.  Uroczo.
Miejsce do spania dla pielgrzymów przygotowano w hali sportowej.  Z prysznicami, a jakże.  Tylko, że bez wody. 

Poszliśmy, wiec do hostelu.  Nie wiele różni się od schroniska, ale przynajmniej jest woda. Do tego ciepła

Lourenza to chyba najbardziej senne miasteczko, jakie widziałem.  Wszędzie pusto.  W restauracjach i barach siedzą tylko pielgrzymi.  Na ulicach nie ma ani ludzi, ani samochodów. Czy ktoś tutaj mieszka? Nawet dziewczyna, która obsługuje hostel,  w którym śpimy mieszka w Ribadeo.

Dzisiaj nie chciało mi się ruszać w drogę.  Bardziej niż w przypadku wcześniejszych dni. Nie przez zmęczenie.  Nie z powodu bólu.  Po prostu miałem juz dość.  Wciąż ta droga,  ciągła walka z samym sobą,  brud w schroniskach, ciągle "niedomycie" i "niedopranie". ci sami ludzi spotykani na drodze. Ale po dzisiejszym dniu to zniechęcenie zniknęło. Jestem zwarty u gotowy i już chyba wiem po co tu jestem.

Z życia pielgrzyma.

Pielgrzym na camino pożąda widoku muszli lub strzałki. Czegokolwiek,  co wskaże mu drogę.  Każde zagubienie to dodatkowe kilometry. Każdy nadprogramowy kilometr grozi załamaniem nerwowym.

W Galicji (przynajmniej na razie) oznakowanie jest bardzo dobre i precyzyjne.  Trzeba jednak pamiętać, że muszla tutaj wskazuje kierunek odwrotnie,  niż w Asturii.

W Asturii kierunek szlaku wskazuje podstawa muszli (miejsce, w którym muszle łączą się dając swemu właścicielowi schronienie i złudne poczucie bezpieczeństwa).

W Galicji kierunek szlaku wskazują rozchodzą się promienie. Dlaczego taka zmiana? Rzecz to jest niepojęta.

wtorek, 23 września 2014

Dzień 6 La Caridad - Ribadeo: człowiek-słoń wkracza do Galicji

Moja lewa stopa spuchła. Wyglądam jak człowiek z nogą słonia. Żeby wcisnąć ją dzisiaj rano do buta, musiałem użyć całej siły jaka mi pozostała. Kiedy już weszła tam gdzie jej miejsce, tzn. do mokrego buta (nie było szans, żeby buty wyschły po wczorajszej ulewie), reszta to była łatwizna.

Po 10 minutach szlo mi się świetnie. Tym szybciej, że zanosiło się na deszcz. Stopniowo jednak się wypogodziło.  Wybraliśmy nieco dłuższy szlak nadmorski przez Tapia de Casariego. Było warto. Szlak prowadzi po równym terenie, bez żadnych stromych podejść. Droga łatwa i przepiękna. Mijaliśmy rozległe plaże i małe skaliste zatoczki.

W lecie to musi być prawdziwy raj dla pielgrzymów. Teraz woda w oceanie jest niemal lodowata.

W Tapia również znajduje się schronisko, bardzo małe, ale położone nad brzegiem morza, przy niemal bajkowej skalistej zatoczce.

W Tapia okazało się, że do Santiago zostało tylko 229 km. Z ponad 350 km przeszliśmy już ponad 120 km. Nie chce mi się wierzyć, że to mi się udało.

Za Tapia szliśmy przez małe wsie, pastwiska i pola kukurydzy. Dominował zapach obór z lekką nutą stajni i morskiej bryzy.

Kiedy stopa zaczęła mnie boleć tak, że ledwo mogłem iść, zobaczyliśmy na asfalcie napis: "Vamos Pelegrino. Tu puedes" (w wolnym tlumaczeniu: "Idziemy pielgrzymie . Dasz radę"). Czy można zignorować takie wezwanie?

W końcu przeszliśmy most na Ria de Ribadeo (zalew, który tworzy kilka rzek wpadających do Atlantyku) i wkroczyliśmy do Galicji. Był to też nasz ostatni dzień na wybrzeżu. Teraz będziemy kierować się w głąb Galicji, aż do samego Santiago.

Schronisko w Ribadeo znajduje się zaraz za mostem i jest naprawdę małe. Przypomina norkę Hobbita.

Całkowicie oderwałem się od zwykłego, codziennego poczucia czasu. Nie pamiętam jaki dzisiaj jest dzień tygodnia, czy miesiąca.  Każdy dzień jest taki sam. Rano wstaję, jem, wkładam plecak i idę, idę, idę.  Potem pranie, mycie, spanie. I tak w kółko, każdego dnia. Wszystko się powtarza i powraca. Wczoraj szedlem, dziś idę i jutro też będę szedł. Jedyna miara jaka ma znaczenie,  to ilość dni, które się idzie. My idziemy juz 6 dzień, niektórzy idą już ponad 2 tygodnie, a są i tacy, którzy wyruszyli wczoraj.

Dla każdego czas jest inny. Bo tutaj czas się odlicza nie za pomocą zegarka, ale za pomocą bólu mięśni, ilości odcisków i pęcherzy, głębokości  otarć, opuchlizny, zmęczenia i, nie bójmy się tego powiedzieć, zapachu. Czas na camino jest fizyczny i odczuwa się go bezpośrednio. A jednocześnie jakby go nie było. Tak jak na ocenie, w którąkolwiek stronę nie spojrzysz, wszędzie widzisz to samo. Czystą i gładką taflę zmęczenia i bólu.

Z życia pielgrzyma.

Pielgrzym najbardziej dba o swoje stopy. Bez nich nigdzie nie dojdzie.  Każdy odcisk, pęcherz i otarcie musi zostać zaopatrzone i zabezpieczone.

Pewien Niemiec w albergue w Aviles reklamował jakiś niemiecki specyfik gwarantujący brak odcisków. Robił to pokazując wszystkim swoje stopy (trzeba przyznać  - wolne od odcisków).